Severitus | AU 5 tom
Niespodziewane spotkanie
Rozdzia³ 20. Niespodziewane spotkanie
Tak to ju¿ byÂwa, ¿e kiedy cz³owiek ucieka przed swoim strachem, mo¿e siê przeÂkonaæ, ¿e zd±¿a jeÂdynie skrótem na jeÂgo spotkanie.
— J.R.R. Tolkien
Z biegiem czasu Harry Potter, ch³opiec o kruczoczarnych w³osach, drobnej twarzy i jasnozielonych oczach, zmieni³ siê w kogo¶ zupe³nie innego — kogo¶, kim powinien byæ od samego pocz±tku. Pod koniec czwartego tygodnia Severus przesta³ rozpoznawaæ w nim Jamesa.
Choæ wydawa³oby siê to niemo¿liwe, krótkie w³osy nabra³y intensywniejszej barwy, migocz±c w ¶wietle dnia jak czysty wêgiel. Wreszcie miêkko uk³ada³y siê na g³owie, ale Harry — nauczony przez lata, ¿e wszelkie próby poskromienia ba³aganu s± bezskuteczne — darowa³ sobie u¿ywanie grzebienia. Nadal wiêc mia³ na g³owie nieporz±dek, lecz mo¿na by³o to nazwaæ artystycznym nie³adem zamiast byciem pora¿onym piorunem.
Po Lily odziedziczy³ nos — drobny i idealnie prosty — oraz oczy. Jednak nawet one nabra³y innego wyrazu. W oprawie gêstych rzês kontrastowa³y na tle jasnej buzi, przypominaj±c dwa starannie oszlifowane szmaragdy. Po Severusie natomiast otrzyma³ smuk³e d³onie oraz rysy twarzy. Mimo ¿e wci±¿ pozosta³a w nich pewna delikatno¶æ ¶wiadcz±ca o m³odym wieku, linia szczêki wyostrzy³a siê, policzki uwydatni³y, a usta zwêzi³y, co zwiastowa³o zmiany w pó¼niejszym ¿yciu, kiedy Harry stanie siê mê¿czyzn±.
Mimo ¿e urós³ tylko dwa cale <1> — co by³o rozczarowuj±ce, bo nawet z dodatkowym wzrostem pozostawa³ ni¿szy od rówie¶ników — chorobliwa ko¶cisto¶æ z³agodnia³a, nadaj±c sylwetce wra¿enie wytrzyma³o¶ci. Wreszcie przesta³ przywodziæ na my¶l patyczki po³±czone sznurkiem i Severus nie obawia³ siê, ¿e lada moment siê rozsypie. Przypuszcza³ jednak, ¿e dziêki eliksirowi witalizuj±cemu, który zacz±³ ostatnio dodawaæ do soku Harry'ego, w ci±gu najbli¿szych tygodni parê rzeczy zd±¿y siê jeszcze zmieniæ.
Ostatecznie Harry tylko zyska³. Sta³ siê przystojnym m³odzieñcem, du¿o przystojniejszym ni¿ by³ James i nieporównywalnie przystojniejszym od Severusa, który sporo cech odziedziczy³ po Tobiaszu, takich jak ziemista cera, zakrzywiony nos i cienkie w³osy z okropn± tendencj± do przet³uszczania. Czasami, gdy obserwowa³ ch³opca podczas wspólnych posi³ków, k±ciki jego ust unosi³y siê w perfidnym u¶miechu na my¶l, ¿e James Potter musi przewracaæ siê w grobie. Niekiedy jednak wci±¿ abstrakcyjna idea bycia ojcem nabiera³a realno¶ci i w takich momentach zadziwia³o go, jak to mo¿liwe, ¿e mia³ udzia³ w stworzeniu czego¶ tak… niezwyk³ego. Harry nie by³ zaledwie kopi± jego i Lily, ale wyj±tkow± mozaik± cech Snape'ów, Prince'ów i Evansów, zagarn±wszy dla siebie wszystko, co najlepsze.
Harry zmarszczy³ brwi i nos. Po tylu dniach spêdzonych razem Severus wiedzia³, ¿e my¶li nad problemem, z którym nie mo¿e sobie poradziæ.
W koñcu ch³opiec skrzywi³ siê i przejecha³ d³oni± przez bujn± grzywê, która wygl±da³a, jakby by³a kropka w kropkê ¶ci±gniêta z Howarda Prince'a. Nastêpnie skre¶li³ jedno ze zdañ, zwin±³ pergamin w rulonik i przesun±³ w kierunku Severusa. Mê¿czyzna przeskanowa³ list wzrokiem, nadal nie wiedz±c, co sprawia³o ch³opcu taki problem. Po upewnieniu siê, ¿e zawarto¶æ nie zdradza niczego niepo¿±danego, rozkaza³ Milly zanie¶æ pergamin do dyrektora, by ten przekaza³ go dalej podczas nastêpnej wizyty w Kwaterze G³ównej Zakonu.
— Zanim wyjdziemy, zaaplikuj ma¶æ. — Postawi³ na blacie s³oiczek. — Ca³a maskarada straci sens, je¶li twoje czo³o oznajmi ¶wiatu, kim naprawdê jeste¶.
Harry spojrza³ na niego ze zdziwieniem i potar³ palcami bliznê w kszta³cie b³yskawicy.
— To j± da siê usun±æ?
— Nie, poniewa¿ powsta³a w wyniku czarnej magii, ale mo¿na sprawiæ, ¿e bêdzie niewidoczna. Efekt utrzymuje siê maksymalnie czterdzie¶ci osiem godzin i opiera siê niemal wszystkim czarom ujawniaj±cym. Radzi³bym jednak aplikowaæ ma¶æ codziennie o sta³ej porze, bo traci potencja³ w zale¿no¶ci od czynników atmosferycznych. Woda os³abia jej dzia³anie, tak jak nadmierne gor±co lub zimno.
Harry wzi±³ s³oiczek do rêki. Zarówno szklane opakowanie, jak i bia³a zawarto¶æ wygl±da³y zwyczajnie i przypomina³y zwyk³y krem do r±k. Odkrêci³ wieczko i pow±cha³. Powietrze wype³ni³a przyjemna woñ koniczyny. Nabrawszy odrobinê, rozsmarowa³ w miejscu, gdzie znajdowa³a siê blizna. Po chwili pod opuszkami palców poczu³ niemal g³adk± skórê. Tylko je¶li bardzo siê postara³, wyczuwa³, ¿e blizna wci±¿ tam jest.
— £a³.
Zadowolony z pozbycia siê blizny, nawet je¶li tymczasowo, wsta³ od sto³u i nerwowo wyg³adzi³ letni± szatê. Dzi¶ szli do Londynu, by kupiæ ró¿d¿kê i za³atwiæ formalno¶ci w ministerstwie.
— Gotowy? — zapyta³ Snape, gdy stanêli w gabinecie przed kominkiem.
Harry spojrza³ w dó³ na nowe, wypolerowane buty. Po chwili wahania przytakn±³. Perspektywa podró¿y na ulicê Pok±tn± nie przedstawia³a siê tak zachêcaj±co jak jeszcze dwa dni temu. Racjonalna czê¶æ umys³u mówi³a mu, ¿e prawdopodobnie niepotrzebnie siê martwi, ale w±tpliwo¶ci i tak pozosta³y. Co je¶li kto¶ go rozpozna? Albo wpadnie na przyjació³ i przez przypadek powie co¶, czego nie powinien?
— Wszystko bêdzie dobrze — zapewni³ Snape. — Nawet je¶li twoi przyjaciele odnios± wra¿enie, ¿e rozmawiacie ze sob± nie po raz pierwszy, stwierdz± po prostu, ¿e jeste¶cie pokrewnymi duszami. Czasem tak siê zdarza, ¿e poznajemy kogo¶ zupe³nie nowego, a wydaje nam siê, jakby¶my siê znali ca³e ¿ycie. Musisz jedynie pilnowaæ gestów i tego, co mówisz.
Harry westchn±³ ciê¿ko. Opanowywanie pewnych przyzwyczajeñ sprawia³o mu zdecydowan± trudno¶æ. Przez kilka ostatnich dni Snape wci±¿ go upomina³. Nawet je¶li czê¶æ dawnego zachowania znik³a wraz z nowym wygl±dem (zauwa¿y³ na przyk³ad, ¿e w nowym ciele du¿o naturalniej siedzi siê lub stoi w pewien okre¶lony sposób), to jednak nic nie móg³ poradziæ na przygryzanie wargi, mierzwienie w³osów czy wzruszanie jednym ramieniem. Jasn± stron± tej sytuacji by³o to, ¿e powa¿ny problem stanowi³oby dopiero zachowanie wszystkich dawnych przyzwyczajeñ. Tych kilku prawdopodobnie i tak nikt nie zauwa¿y. No mo¿e oprócz Hermiony, doda³ ponuro w my¶lach.
Tymczasem zaskoczy³o go, ¿e pomimo tylu zmian czu³ siê dobrze we w³asnej skórze, nawet je¶li wci±¿ nie móg³ przyzwyczaiæ siê do ogl±dania w lustrze nieznajomej twarzy i s³uchania g³osu, który nabra³ wiêkszej g³êbi i nieco innej barwy. Koniec koñców Harry zrozumia³, dlaczego proces przemiany trwa³ tak d³ugo. Gdyby nast±pi³o to w ci±gu jednego dnia, prze¿y³by prawdziw± traumê. Samo wyobra¿enie tego wywo³ywa³o ciarki.
Snape wskaza³ na miseczkê stoj±c± na gzymsie i Harry, rad nierad, chwyci³ gar¶æ proszku Fiuu. Nastêpnie wrzuci³ go do ognia i wkroczy³ w p³omienie.
— Dziurawy Kocio³! — zawo³a³.
¦wiat zawirowa³ w karuzeli barw i ¶wi¶cie powietrza, kiedy pêdzi³ z zawrotn± prêdko¶ci± przez kolejne kominki. Zrobi³o mu siê niedobrze, wiêc zamkn±³ oczy i dla pewno¶ci bardziej przycisn±³ ³okcie do boków. Kiedy kominek go wyplu³, niemal rozp³aszczy³ siê na pod³odze, ale w porê kto¶ chwyci³ go za ramiê.
— Wszystko w porz±dku?
Harry uniós³ g³owê i spojrza³ w prostoduszn± twarz barmana.
— Um… t-tak? — wyj±ka³, sprawdzaj±c, czy na pewno wszystko znajduje siê na swoim miejscu.
Kominek rozb³ysn±³ zieleni± i z paleniska wyst±pi³ Snape. Po zobaczeniu barmana skin±³ g³ow± na powitanie.
— Dzieñ dobry, Tom. Alan, wszystko w porz±dku?
£ysy barman uniós³ obie brwi w zdziwieniu i przyszpili³ ch³opca spojrzeniem, sprawiaj±c, ¿e Harry przest±pi³ nerwowo z nogi na nogê.
— Moje nieba, czy¿by…?
K±cik ust Snape'a uniós³ siê lekko.
— W rzeczy samej — odpar³ spokojnie. — Alan, to jest Tom, w³a¶ciciel Dziurawego Kot³a. Tom, to Alan, mój syn.
D¼wiêcz±ca w g³osie duma sprawi³a, ¿e przez sekundê Harry wpatrywa³ siê w Snape'a z rozdziawion± buzi±, ale szybko skarci³ siê za g³upotê. Snape nie by³by szpiegiem, gdyby nie potrafi³ graæ.
— Mi³o mi pana poznaæ — powita³ Harry grzecznie.
— Mnie równie¿, ch³opcze. — Nastêpnie barman zwróci³ siê do Snape'a. — Nie wiedzia³em, ¿e masz syna.
— To samo móg³bym powiedzieæ o sobie… — mrukn±³ Snape z ponurym sarkazmem, ale g³o¶no doda³: — Wybacz, ale spieszymy siê. Prawdopodobnie w pierwszym tygodniu wrze¶nia skuszê siê na kieliszek whisky. Przy tak du¿ym zaopatrzeniu szko³y zawsze s± jakie¶ pomy³ki i potem trzeba korygowaæ zamówienie u Sluga i Jiggersa.
Barman klasn±³ w rêce i wyszczerzy³ zêby, powracaj±c za kontuar.
— Ale¿ oczywi¶cie. Do widzenia, profesorze Snape.
Wyszli na podwórze. Snape stukn±³ ró¿d¿k± w odpowiedni± ceg³ê. Przej¶cie otworzy³o siê, ukazuj±c jak zwykle gwarn± i pe³n± niesamowito¶ci ulicê Pok±tn±. Harry wykrêca³ szyjê, chc±c zobaczyæ wszystko naraz. Choæ zna³ to miejsce bardzo dobrze, liczne stragany i magiczne szyldy przykuwa³y uwagê. Tym razem jednak co¶ tu zdecydowanie nie pasowa³o. Czarodzieje zmierzali w po¶piechu od sklepu do sklepu, wodz±c oczami lêkliwie, jakby w obawie, ¿e nagle kto¶ zaatakuje ich zza pleców.
Zauwa¿ywszy zmarszczone czo³o Harry'ego, Snape wskaza³ na najbli¿sz± witrynê, gdzie wisia³ plakat z ruchom± podobizn± jednego ze zbieg³ych ¶miercio¿erców.
— Po ataku na ministerstwo i wtargniêciu do Azkabanu ludzie przestali czuæ siê bezpiecznie. Czarny Pan powróci³, a s³udzy s± u jego boku. To wystarczaj±cy powód do strachu.
Wkrótce natrafili na aptekarniê i mê¿czyzna da³ znak, ¿e zatrzymaj± siê w niej na chwilê. Dzwonek przy drzwiach zabrzêcza³, gdy przekroczyli próg. Harry wstrzyma³ oddech, kiedy w jego nozdrza wdar³ siê ostry zapach zió³ i sk³adników do eliksirów. Na pó³kach rozpo¶ciera³y siê szczurze ³apki, w±troby jaszczurek, ¿abie oczy, ró¿nokolorowe pazury, wysuszone skóry wê¿y i wiele innych. Wiedziony makabryczn± ciekawo¶ci± zajrza³ do beczu³ki, w której p³ywa³o co¶ ró¿owego oraz o¶lizg³ego. Kiedy rozpozna³ mózgi, natychmiast zadr¿a³ i odwróci³ wzrok.
Poniewa¿ Snape sta³ przy kontuarze, zajêty negocjowaniem cen smoczej krwi i ³usek szyszkowców olbrzymich <2>, z nudów Harry okr±¿y³ sklep. Wiêkszo¶æ ingrediencji by³a absolutnie odra¿aj±ca, ale od czasu do czasu znajdowa³ co¶ na tyle interesuj±cego, ¿e nie potrafi³ powstrzymaæ siê od dziabniêcia weñ palcem. W³a¶nie przygl±da³ siê czemu¶, co podejrzanie przypomina³o skórê bazyliszka, gdy us³ysza³ swoje imiê. Widz±c, ¿e Snape dobi³ targu, pos³usznie pod±¿y³ za nim na zalan± s³oñcem ulicê.
To by³o bardzo dziwne do¶wiadczenie — zwyczajnie i¶æ ulic± ze ¶wiadomo¶ci±, ¿e nie musz± obawiaæ siê ataku. Rola Snape'a gwarantowa³a im bezpieczeñstwo, ale mimo to Harry wola³ wróciæ do domu bez ¿adnych niespodzianek. Nie wiedzia³, jak zareagowa³by, gdyby nagle na ulicy Pok±tnej aportowa³ siê Voldemort wraz ze ¶miercio¿ercami.
My¶li te natychmiast ulecia³y z jego g³owy, gdy dostrzeg³ sklep z markowym sprzêtem do quidditcha. Zwolni³ wiedziony jak±¶ nienazwan± si³±. Nawet nie zauwa¿y³, kiedy stan±³ przed wystaw±, ³owi±c ka¿dy detal B³yskawicy — od wypolerowanej r±czki po idealnie proste witki. Wci±¿ by³a najlepsz± miot³± ¶wiata.
Nagle poczu³ na ramieniu d³oñ Snape'a.
— Przepraszam, ja tylko… — pospieszy³ z wyja¶nieniem.
— Nic nie szkodzi. — Snape pochyli³ siê nad jego ramieniem, jakby chc±c zobaczyæ B³yskawicê z bliska, i doda³ cicho: — Twoja ostatnia miot³a zosta³a zniszczona podczas ucieczki, prawda? — Harry nagle zrozumia³, ¿e mê¿czyzna udawa³ zainteresowanie, ¿eby unikn±æ pods³uchania przez przechodniów. — Kupienie nowej miot³y nie by³oby problemem, jednak nie bêdziesz móg³ w tym roku graæ.
Harry spojrza³ na Snape'a os³upia³y. Wpierw nie wierzy³, ¿e mê¿czyzna rozwa¿a³ kupienie nowej miot³y, a potem dotar³a do niego dalsza czê¶æ zdania.
— A-ale dlaczego? — wykrztusi³.
Tylko w powietrzu czu³ siê prawdziwie wolny. Nie wyobra¿a³ sobie teraz jedynie obserwowaæ, jak graj± inni.
— Poniewa¿ nie posiadasz pe³nej sprawno¶ci i by³oby to niebezpieczne. Wci±¿ przy³apujê ciê na tym, jak siê potykasz albo jak co¶ wypada ci z r±k.
— Ale na pewno jest jaki¶ sposób! — zaprotestowa³ ¿arliwie. — Jaki¶ czar, który przyklei³by mnie do miot³y albo uniemo¿liwi³ upadek.
— Po co s± t³uczki? — zapyta³ nagle Snape.
Przez moment zabrak³o Harry'emu s³ów. Dlaczego Snape zadaje tak oczywiste pytanie?
— ¯eby zrzuciæ graczy z miot³y i tym samym utrudniæ zdobycie kafla albo znicza.
— Dok³adnie. Zatem ka¿dy czar uniemo¿liwiaj±cy to jest sprzeczny z regulaminem. Ponadto przyklejenie, jak to nazwa³e¶, nie rozwi±zuje problemu kontroli nad miot³±. Równie dobrze mo¿esz wpa¶æ na innego ucznia albo rozbiæ siê o ziemiê razem z miot³±.
Harry wbi³ wzrok w wystawê, staraj±c siê zapanowaæ nad tym okropnym uczuciem, które wezbra³o w gardle. Los rzeczywi¶cie by³ pod³y. Z kilku drobnych rado¶ci, jakie mu pozosta³y, i to musia³ odebraæ. Nawet gdyby Snape nie kupi³ mu miot³y — co zreszt± Harry zak³ada³ od samego pocz±tku — zawsze pozostawa³o po¿yczenie jednej ze szkolnych. Teraz natomiast okaza³o siê, ¿e w ogóle nie bêdzie móg³ lataæ — ani na swojej, ani na po¿yczonej.
Dalsz± drogê spêdzili w milczeniu, mijaj±c kolejne sklepy i stragany. Ca³e wyposa¿enie, wymagane do rozpoczêcia nowego roku szkolnego, zosta³o zamówione przez sowi± pocztê, wiêc Harry'emu brakowa³o wy³±cznie ró¿d¿ki. Nie musia³ nawet odwiedzaæ Madame Malkin, bo dzieñ wcze¶niej ponownie przyby³ krawiec Snape'a, tym razem w celu dopasowania szkolnych szat i uzupe³nienia zimowej garderoby. O dziwo, pan Whitby zachowywa³ siê, jakby nigdy wcze¶niej nie spotka³ s³awnego Harry'ego Pottera. Jedynym wyja¶nieniem tej ewidentnej luki w pamiêci, jakie przychodzi³o Harry'emu do g³owy, by³o to, ¿e Snape ma z ni± co¶ wspólnego.
Po krótkim przystanku w Magicznej Mena¿erii i kupieniu przysmaku dla Hedwigi stanêli przed maleñkim sklepem Ollivandera. Wygl±da³ dok³adnie tak jak cztery lata temu. Z³uszczone, z³ote litery zdobi³y szyld nad drzwiami, a wewn±trz by³o zupe³nie pusto, je¶li nie liczyæ krzes³a z wysokim oparciem i pude³ek piêtrz±cych siê od pod³ogi do sufitu.
— Dzieñ dobry — powita³ ich znajomy g³os. Srebrzyste oczy spojrza³y przenikliwie na Harry'ego, by po kilku sekundach przenie¶æ siê na Snape'a. — W czym mogê pomóc?
— Tego roku Alan do³±czy do Hogwartu i potrzebuje nowej ró¿d¿ki. Wcze¶niejsza zosta³a z³amana podczas upadku z miot³y.
— Maj± j± pañstwo przy sobie? — zapyta³ Ollivander, a jego oczy spoczê³y ponownie na Harrym, jakby oczekuj±c, ¿e za moment ow± ró¿d¿kê poka¿e.
Kiedy Snape siêgn±³ za pazuchê z wyra¼nym zamiarem, serce Harry'ego skoczy³o do gard³a. Snape nie mo¿e posiadaæ jego zniszczonej ró¿d¿ki, prawda? A nawet je¶li jakim¶ cudem j± znalaz³, oznacza³oby to, ¿e Ollivander natychmiast rozpozna, do kogo nale¿y!
Jednak wyci±gniêta przez niego ró¿d¿ka nie mia³a jedenastu cali i nie by³a wykonana z ostrokrzewu.
— Hm… — mrukn±³ Ollivander, ostro¿nie ujmuj±c dwa koñce po³±czone wy³±cznie cienkim w³ókienkiem. — Z przykro¶ci± muszê stwierdziæ, ¿e ma pan racjê, profesorze Snape. Pañski syn bêdzie potrzebowa³ nowej ró¿d¿ki. Rdzeñ jest uszkodzony, a tego nie da siê naprawiæ. — Zbli¿y³ ró¿d¿kê do twarzy i przesun±³ d³ugim palcem po r±czce. — Tak, dzie³o Gregorowicza. Dziesiêæ cali, jesion, w³os z grzywy sfinksa.
Nastêpnie wszystko potoczy³o siê jak podczas pierwszej wizyty. Ollivander zapyta³, która rêka ma moc, ta¶ma pobra³a pomiary, a potem podawa³ ró¿d¿ki do wypróbowania. Niestety i tym razem Harry próbowa³ i próbowa³, ale ¿adna nie by³a odpowiednia — albo reagowa³a awersj±, albo nie dzia³a³a, albo te¿ czarodziej zabiera³ j±, mrucz±c „nie, nie…”, zanim Harry zd±¿y³ machn±æ. Po godzinie, kiedy wokó³ nich uros³y stosy wypróbowanych ró¿d¿ek, pan Ollivander by³ w rozterce, a Harry czu³ ogromne rozczarowanie.
— Przyznam, ¿e ju¿ kilka razy mia³em podobn± sytuacjê, ale ostatecznie zawsze udawa³o siê znale¼æ odpowiedni± ró¿d¿kê. Tym razem obawiam siê jednak, ¿e nie posiadam takiej, która by³aby chêtna wybraæ pana Alana.
Czarodziej wydawa³ siê bardzo zaniepokojony tym faktem.
— Czy mo¿na wykonaæ ró¿d¿kê na zamówienie? — zapyta³ Snape. — Mo¿e to bêdzie w³a¶ciwe wyj¶cie?
— Jak najbardziej. Niemniej problem mo¿e tkwiæ w wyborze rdzenia. U¿ywamy tylko rogów jednoro¿ca, piór feniksa i smoczych serc… — Nagle oczy Ollivandera rozszerzy³y siê do komicznych rozmiarów. Z nowym wigorem ruszy³ do wystawy, gdzie na wyblak³ej poduszce le¿a³a samotna ró¿d¿ka <3>. Harry us³ysza³, jak czarodziej mruczy do siebie: — Czemu wcze¶niej o tym nie pomy¶la³em…
Ollivander podniós³ ostro¿nie ró¿d¿kê. Przypomina³a ko¶æ s³oniow±, a na jej r±czce widnia³y dziwne znaki.
— Liczy niemal dwa i pó³ tysi±ca lat i jest jedn± z pierwszych ró¿d¿ek, jak± wykonali Ollivanderowie. Przez tak d³ugi czas nie znajdywa³a w³a¶ciciela, ¿e w koñcu sta³a siê jedynie eksponatem. Za³o¿yciel sklepu, Marcus Ollivander, tworzy³ wtedy z przeró¿nych magicznych stworzeñ. Gryfów, wiwern, a nawet bazyliszków. Ta jest wykonana z osiki, ma dok³adnie dwana¶cie cali i rdzeñ z pióra pegaza. Pegazy to potê¿ne stworzenia, ale równie¿ niezwykle szlachetne — s± szybkie i wytrzyma³e, a jednocze¶nie przyjacielskie i ³agodne. Potrafi± uzdrowiæ ¶miertelnie chorego cz³owieka, je¶li zas³u¿y sobie na ich mi³o¶æ. Jednak rzadko darz± zaufaniem i oddaj± swoje serce. Mo¿e dlatego ró¿d¿ka nie znalaz³a w³a¶ciciela. Je¶li bêdzie komu¶ s³u¿yæ, to tylko jednemu czarodziejowi. W obcych rêkach stanie siê zaledwie kawa³kiem drewna. W±tpiê nawet, czy w razie przegranej w pojedynku rozpozna innego w³a¶ciciela ni¿ tego, którego wybra³a na samym pocz±tku.
— A te znaki? — zapyta³ Harry.
Nigdy wcze¶niej nie widzia³ ró¿d¿ki wykonanej w ten sposób, na dodatek tak piêknie.
— Celtyckie symbole. — Czarodziej obróci³ powoli ró¿d¿kê. — Zobacz, jest ich piêæ, co nie jest bez znaczenia. O ile czwórka przedstawia cztery elementy wszech¶wiata, jak chocia¿by cztery ¿ywio³y czy cztery pory roku, o tyle pi±ty element je jednoczy. Razem s± ¼ród³em mocy, która mo¿e zostaæ wykorzystana przez ludzki umys³. — D³ugi palec wskaza³ pierwszy symbol, a przynajmniej tak siê Harry'emu wydawa³o, bo ciê¿ko by³o powiedzieæ, gdzie znaki siê zaczyna³y, a gdzie koñczy³y. — Pierwsza to quaternara, plecionka tarczy. Symbolizuje ochronê, ale poniewa¿ ma otwarte ¶cie¿ki, oznacza równie¿ podró¿. Celtyccy wojownicy dekorowali ni± w³asne tarcze. Druga to plecionka wieczno¶ci i symbolizuje zwyciêstwo ¿ycia nad ¶mierci±. Trzecia to triquetra, inaczej trzy jedno¶ci. Przedstawia nierozerwaln± wiê¼. £±czy przesz³o¶æ, tera¼niejszo¶æ i przysz³o¶æ, a tak¿e kreacjê, trwanie i destrukcjê. Czwarta nazywa siê triskelion. Jej wygl±d opiera siê na koncepcji ruchu, bo symbolizuje dzia³anie i rozwój. Ostatnia natomiast znana jest jako drzewo ¿ycia lub wêze³ dara, poniewa¿ „doire” w jêzyku irlandzkim znaczy „dêbowe drzewo”. Mia³a szczególne znaczenie w czasach najwiêkszej próby, kiedy trzeba by³o wykazaæ siê wewnêtrzn± si³±, odwag± i mêstwem. — Ollivander uniós³ wzrok znad ró¿d¿ki. — Podsumowuj±c, razem staj± siê potê¿nym magicznym talizmanem <4>.
Nawet Snape sprawia³ wra¿enie zainteresowanego. Pochyli³ siê nisko, studiuj±c z bliska bia³± ró¿d¿kê.
— W po³±czeniu z drewnem, rdzeniem i symbolami ¶miem twierdziæ, ¿e to jedna z najpotê¿niejszych ró¿d¿ek, jakie kiedykolwiek zosta³y wyprodukowane przez Ollivanderów. Niestety nikt nie wydawa³ siê jej wystarczaj±co godny.
Harry westchn±³ ze zrezygnowaniem. Skoro ró¿d¿ka nie znalaz³a wcze¶niej wystarczaj±co godnego czarodzieja, nie by³o szans, ¿eby wybra³a akurat jego. Mo¿e polubi³aby Merlina albo Dumbledore'a — kogo¶ m±drego, szlachetnego, odwa¿nego i potê¿nego — ale z pewno¶ci± nie Harry'ego.
Jednak Ollivander wyci±gn±³ ku niemu ró¿d¿kê i ch³opiec nie mia³ innego wyboru, jak j± chwyciæ.
Gdy tylko czubki palców dotknê³y bia³ego drewna, poczu³ przyjemne ciep³o, a przez jego cia³o przemknê³a nieopisana rado¶æ. Roze¶mia³ siê, gdy z koñca ró¿d¿ki wytrysnê³y z³ote i srebrne iskry, o¶wietlaj±c ca³y sklep. Czu³ siê tak, jakby odzyska³ utraconego przyjaciela albo znalaz³ co¶ niezwykle cennego — cenniejszego od skarbów skrytych w podziemiach Gringotta, a ju¿ na pewno cenniejszego ni¿ wszystkie miot³y ¶wiata.
Kiedy spojrza³ na Ollivandera, w oczach czarodzieja b³yszcza³y ³zy wzruszenia.
— Cudownie, cudownie! Ten dzieñ przejdzie w mojej rodzinie do historii. Dwa i pó³ tysi±ca lat! Nie s±dzi³em, ¿e do¿yjê tej chwili. Naprawdê nie s±dzi³em. Nie do wiary. No, no, no, panie Snape, z pewno¶ci± mo¿na spodziewaæ siê po panu wielkich rzeczy! Byæ mo¿e nawet zmieni pan bieg historii.
Dreszcz przebieg³ po plecach Harry'ego. Ollivander nie by³ daleki od prawdy. Je¶li jakim¶ cudem uda siê mu kiedy¶ pokonaæ Voldemorta, zdecydowanie bêdzie to mo¿na nazwaæ zmian± biegu historii.
Snape zap³aci³ Ollivanderowi piêædziesi±t galeonów, o dziesiêæ wiêcej ni¿ ten za¿±da³, twierdz±c, ¿e taka ró¿d¿ka wymaga swojej ceny. Zaaferowany czarodziej odprowadzi³ ich do drzwi, k³aniaj±c siê w pas na po¿egnanie.
Harry ostro¿nie schowa³ nowy nabytek do kieszeni szaty i westchn±³ szczê¶liwie. Mia³ now± ró¿d¿kê i do tego nie byle jak±.
Snape spojrza³ na niego i k±ciki jego ust unios³y siê w u¶miechu.
— Muszê stwierdziæ, ¿e to by³o niezwyk³e.
Harry przytakn±³ w pe³nej zgodzie.
— Do tej pory nie wierzê, ¿e ró¿d¿ka wybra³a w³a¶nie mnie. By³em pewny, ¿e wyjdê ze sklepu z pustymi rêkami.
— Wed³ug mojej wiedzy ró¿d¿ki wykonane z osiki posiadaj± wybitny potencja³ magiczny i s± idealne zarówno do walki ofensywnej, jak i defensywnej. Przyk³adowo w osiemnastowiecznych klubach pojedynków posiadano ró¿d¿ki wykonane wy³±cznie z osiki. Nie do¶æ, ¿e ³adnie wygl±daj±, to jeszcze w razie ataku przez wampira mog± pos³u¿yæ jako ko³ek do przebicia serca. Mimo ¿e jestem przeciwny u¿ywaniu ró¿d¿ek w tak niegodny sposób, z pewno¶ci± nie zawaha³bym siê d¼gn±æ ni± wampira w akcie desperacji. Jestem przekonany, ¿e bêdzie ci dobrze s³u¿yæ.
Harry wlepi³ rozszerzone oczy w Snape'a. Nigdy nie wpad³by na to, by u¿yæ ró¿d¿ki w taki sposób, choæ po zastanowieniu mia³o to sens. W trzeciej klasie przerabiali wampiry, wiêc doskonale zdawa³ sobie sprawê, ¿e potrafi± byæ równie niebezpieczne co wilko³aki podczas pe³ni. Poniewa¿ czarodzieje polegali na ró¿d¿ce, Remus nauczy³ ich zaklêæ pozwalaj±cych utrzymaæ g³odnego wampira na dystans, ale Harry wiedzia³, ¿e teoria nie zawsze sprawdza siê w praktyce. Wtedy rzeczywi¶cie posiadanie pod rêk± osinowego ko³ka mo¿e uratowaæ ¿ycie. Problem polega³ na tym, ¿e ¿aden normalny czarodziej nie nosi³ go w torebce, tak na wszelki wypadek.
By³ tak zaabsorbowany w³asnymi my¶lami, ¿e nie zwraca³ uwagi na to, co siê wokó³ niego dzieje. Powietrze zosta³o wydarte z jego p³uc, kiedy z ca³± si³± zderzy³ siê z czym¶ miêkkim, a jednocze¶nie nieustêpliwym. W porê Snape z³apa³ go za ramiê, ratuj±c przed zwaleniem z nóg. Zdezorientowany Harry wyduka³ krótkie „dziêki”. Przed nim, w¶ród rozrzuconych na bruku ksi±¿ek, zobaczy³ burzê br±zowych loków, która mog³a nale¿eæ tylko do jednej osoby.
Hermiona.
Harry sta³ jak spetryfikowany, gdy przyjació³ka wrzuca³a do torby kolejne ksi±¿ki. Snape ¶cisn±³ jego ramiê ostrzegawczo.
— Panno Granger, proszê na przysz³o¶æ patrzeæ przed siebie! — G³os Snape'a przeci±³ powietrze jak brzytwa.
Hermiona podnios³a torbê i z przera¿eniem spojrza³a na góruj±cego przed ni± nauczyciela.
— Bardzo przepraszam, panie profesorze. Naprawdê nie wiem, jak mog³am nie zauwa¿yæ… S³owo dajê… Wszystko w porz±dku? — zwróci³a siê do Harry'ego, który wci±¿ bêd±c oszo³omionym, jedynie kiwn±³ g³ow±. Dziewczyna wyci±gnê³a d³oñ. — Chyba siê nie znamy. Nazywam siê Hermiona Granger.
Harry u¶cisn±³ d³oñ i wykrztusi³:
— Alan. Alan Snape.
Br±zowe oczy rozszerzy³y siê w zaskoczeniu i z ust dziewczyny wydoby³o siê krótkie „och”. Spojrza³a na Snape'a, a potem na Harry'ego, jakby próbowa³a ich porównaæ.
— Nie wiedzia³am… To znaczy nie przypuszcza³am, ¿e ma pan… no w³a¶nie...
Zak³opotana Hermiona, która nie wie, co powiedzieæ, by³a tak rzadkim zjawiskiem, ¿e Harry od razu siê u¶miechn±³.
— Nie sprawia takiego wra¿enia, prawda? — za¿artowa³, dostaj±c od Snape'a kolejne ostrze¿enie, na co mia³ ochotê wywróciæ oczami.
Hermiona zarumieni³a siê jeszcze bardziej, ale widz±c pochmurn± minê mê¿czyzny, szybko zmieni³a temat.
— Nie pamiêtam ciê z Hogwartu. Uczêszczasz do której¶ z zagranicznych szkó³?
Harry od razu pozna³, ¿e przyjació³ka umiera z ciekawo¶ci, by zapytaæ „dlaczego nie do Hogwartu?”. Wszak Snape jest tam profesorem, a sam Hogwart mia³ s³awê na ca³y ¶wiat. Jednak dobre maniery i obawa przed gniewem Snape'a pow¶ci±gnê³y jej pragnienie zdobycia wiedzy.
— Pobiera³em prywatn± edukacjê. Ale w tym roku idê do Hogwartu. D³uga historia.
— Na pewno ci siê u nas spodoba. Sama nie mogê siê ju¿ doczekaæ pierwszego wrze¶nia! — Nagle dojrza³a co¶ w oddali. Na szczê¶cie byli to tylko pañstwo Granger. Harry nie wiedzia³, jak poradzi³by sobie, gdyby zjawili siê jeszcze Ron i reszta Weasleyów. Owszem, têskni³ za nimi, ale kompletnie nie wiedzia³, jak odnale¼æ siê w skórze Alana Snape'a. — No to do zobaczenia w poci±gu. Do widzenia, profesorze.
Harry pomacha³ jej na po¿egnanie.
Snape nie odpowiedzia³, choæ nie spuszcza³ z Hermiony wzroku, dopóki nie zniknê³a w t³umie.
— Mog³e¶ jej odpowiedzieæ — burkn±³ Harry, z³y na tak niegrzeczne potraktowanie przyjació³ki.
Snape prychn±³.
— Nigdy nie lubi³em panny Wiem-To-Wszystko. Straszna z niej m±drala, która pragnie byæ w centrum uwagi.
— Gdyby¶ naprawdê zna³ Hermionê, nie mówi³by¶ tak.
Na te s³owa Snape jedynie mrukn±³ niezobowi±zuj±co.
Wkrótce zostawili za sob± Pok±tn±. Przez d³u¿szy czas szli ulicami mugolskiej czê¶ci Londynu, a¿ trafili na niezbyt zachêcaj±co wygl±daj±c± alejkê, która znajdowa³a siê w¶ród niskich, obdrapanych biurowców.
— Wskakuj — nakaza³ Snape, wskazuj±c na czerwon± budkê telefoniczn±. Brakowa³o w niej kilku szyb, a aparat telefoniczny wisia³ krzywo, jakby kto¶ usilnie próbowa³ go oderwaæ.
Nieco zbity z tropu wszed³ do ¶rodka. Snape wcisn±³ siê obok i chwyci³ za s³uchawkê. Nastêpnie wykrêci³ numer sze¶æ, dwa, cztery, cztery, dwa.
— M-A-G-I-A — skomentowa³ Snape. — Has³o otwieraj±ce przej¶cie do ministerstwa.
Z wnêtrza aparatu rozleg³ siê ch³odny ¿eñski g³os:
— Witamy w Ministerstwie Magii. Proszê podaæ imiê, nazwisko i sprawê.
Snape udzieli³ wymaganej informacji i szczelina, która zwykle zwraca monety, wyplu³a dwie srebrne plakietki. Przypiêli je sobie do piersi.
— Szanowny interesancie, przypominamy o konieczno¶ci poddania siê kontroli osobistej i okazania ró¿d¿ki do rejestracji przy stanowisku ochrony, które mie¶ci siê w koñcu atrium.
Pod³oga budki telefonicznej zadygota³a i zaczêli opadaæ. Chodnik przesuwa³ siê w górê, a¿ zostali poch³oniêci przez ciemno¶æ, ale nied³ugo potem u ich stóp pojawi³ siê pasek z³otego ¶wiat³a, który rozszerza³ siê, z wolna ukazuj±c imponuj±cej wielko¶ci hol z wypolerowan± posadzk± z ciemnego drewna.
— Ministerstwo Magii ¿yczy pañstwu mi³ego dnia — oznajmi³ kobiecy g³os.
Drzwi otworzy³y siê i Harry okrêca³ g³owê, chc±c przyjrzeæ siê wszystkiemu naraz: sufitowi z l¶ni±cymi, nieustannie zmieniaj±cymi siê symbolami; kominkom, z których co parê sekund ze ¶wistem wynurza³a siê nowa postaæ; fontannie z pos±gami centaura, goblina i skrzata domowego wpatruj±cych siê z zachwytem w dwóch czarodziejów, a tak¿e ubranemu w ró¿nokolorowe szaty t³umowi, który zmierza³ ku z³otym wrotom w drugim koñcu holu<4>.
— Têdy — powiedzia³ Snape, kieruj±c siê do biurka, nad którym wisia³a tabliczka z napisem: OCHRONA.
Kiedy zostali zeskanowani prêtem przypominaj±cym antenê samochodow±, a ich ró¿d¿ki zmierzono na mosiê¿nej wadze o jednej szalce, przeszli do mniejszego holu, gdzie znajdowa³o siê kilkana¶cie wind. Nie minê³o wiele czasu, a¿ krata najbli¿szej z nich rozsunê³a siê i w milczeniu zjechali w dó³, ku Departamentowi Czarodziejskiej Rodziny mieszcz±cemu siê na czwartym piêtrze.
Na koñcu korytarza przywita³ ich Dumbledore i zaprowadzi³ do sali pachn±cej pergaminem, w której wszêdzie piêtrzy³y siê szuflady. Dyrektor machn±³ ró¿d¿k± i jedna z nich rozb³ys³a na z³oto. Wy³owi³ w³a¶ciw± teczkê, a nastêpnie wskaza³ na dwa fotele stoj±ce przy mahoniowym biurku.
— Severusie, wype³nij tutaj.
Harry zerkn±³ na pergamin, który Dumbledore po³o¿y³ przed Snape'em. By³ to d³ugi formularz z mnóstwem rubryk, a wszystkie dotyczy³y Harry'ego — jego poprzedniego oraz nowego imienia i nazwiska, daty urodzenia, danych dotycz±cych rodziców, informacji o ¿yj±cych i nie¿yj±cych cz³onkach rodziny, chrzestnych, a nawet opiekunach, którzy mieliby przej±æ opiekê w razie nag³ej ¶mierci rodzica.
Widz±c, kogo Snape wymieni³ w ostatniej rubryce, Harry rozdziawi³ usta.
— Kiedy z nimi rozmawia³e¶?
Snape utkwi³ w nim ciemne spojrzenie.
— Nie rozmawia³em, ale nie wybra³bym ich, gdybym nie by³ pewny, ¿e przyjm± ciê bez protestu. Wiem, ¿e wiele dla ciebie znacz±, a tak¿e mam ¶wiadomo¶æ, ¿e uczucia te s± odwzajemnione. To jest moja wola — postuka³ palcem w rubrykê z imionami Molly i Artura — a nasze rodziny ³±cz± wiêzy krwi, nawet je¶li odleg³e. Dodatkowo przeznaczy³em wystarczaj±c± sumê pieniêdzy na twoje utrzymanie, ¿eby aspekt finansowy nie stanowi³ problemu. Nikt nie bêdzie mia³ prawa zakwestionowaæ mojego wyboru.
— Czy to naprawdê konieczne? — zapyta³ Harry. — To znaczy nie spodziewasz siê umrzeæ, prawda?
To by³o dziwne, ale my¶l ta powodowa³a osobliwe uczucie w ¿o³±dku Harry'ego. Pomimo burzliwego miesi±ca i braku sympatii do Snape'a u¶wiadomi³ sobie, ¿e jest ju¿ zmêczony zmianami. Weasleyowie z pewno¶ci± przyjêliby go z otwartymi ramionami, ale znowu musia³by dostosowywaæ siê do nowej sytuacji. Z drugiej strony têskni³ za rodzinnym ciep³em, które zawsze czu³, bêd±c w towarzystwie Weasleyów, wiêc nie potrafi³ zrozumieæ, czemu nagle my¶l o wyprowadzeniu siê z Prince Manor zaczê³a napawaæ go obaw±. A mo¿e zwyczajnie martwi³ siê tym, co powie Ron na fakt, ¿e jest synem Snape'a? Ron zawsze by³ w gor±cej wodzie k±pany. No i jak zareaguj± Molly i Artur? Czy bêd± go traktowaæ inaczej?
Snape wzruszy³ ramionami.
— Trwa wojna. Nigdy nie wiadomo, co siê stanie.
Po tym nast±pi³a cisza wype³niona skrobaniem pióra. W koñcu mê¿czyzna z³o¿y³ podpis i wskaza³ Harry'emu miejsce do zrobienia tego samego. W momencie, w którym atrament wsi±k³ w pergamin po postawieniu ostatniej litery nowego nazwiska, teczka le¿±ca na biurku zadygota³a. Pyknê³o i obok pojawi³a siê druga, podpisana Alan Snape.
— To mia³o tak zrobiæ? — zapyta³ Harry niepewnie.
Dumbledore za¶mia³ siê.
— Spójrz sam — powiedzia³, przesuwaj±c ku niemu teczkê.
W ¶rodku znajdowa³y siê wszystkie dane na jego temat: karta chorobowa, oceny uzyskane pod koniec ka¿dego roku edukacji (nawet ucz±c siê prywatnie, musia³by byæ co roku egzaminowany przez najbli¿sz± szko³ê), dane dotycz±ce rodziców, czy te¿ miejsca obecnego zamieszkania (Spinner's End). Zauwa¿y³ jednak, ¿e kilku informacji brakuje. Nigdzie na przyk³ad nie widzia³ ani ¶ladu nazwiska Potter, wiêc w rubryce, gdzie powinna widnieæ Lily Potter jako jego mama, by³o jedynie puste miejsce. Mimo to nie wygl±da³o to podejrzanie, raczej jak przeoczenie, i tylko kto¶ bardzo wnikliwy móg³by stwierdziæ, ¿e co¶ jest nie tak.
— Zwykle wszystkie nowe teczki l±duj± od razu tam — wyt³umaczy³ Dumbledore, wskazuj±c na piêtrz±ce siê szuflady — ale dziêki mojej ma³ej sztuczce przekierowa³em j± tutaj. Jaki¶ czas temu poradzi³em Severusowi utajniæ twoje akta, dziêki czemu — wskaza³ na teczkê z nazwiskiem Harry Potter — nikt nie bêdzie mia³ do nich dostêpu. Poniewa¿ nazwisko Snape nie jest utajnione, w chwili zmiany nazwiska powsta³a nowa teczka. Innymi s³owy zupe³nie nowy obywatel.
Harry da³ znak, ¿e rozumie. Ju¿ wcze¶niej Snape wszystko mu wyja¶ni³. Wiedzia³ wiêc o mo¿liwo¶ci utajnienia danych i dlaczego takie prawo wprowadzono, a tak¿e kto sprawuje pieczê nad utajnionymi aktami. Podczas ubieg³ej wojny mia³o to uchroniæ czarodziejów posiadaj±cych w±tpliwy status krwi przed prze¶ladowaniami. Tylko urzêduj±cy dyrektor Hogwartu i Naczelni Magowie Wizengamotu mieli do nich dostêp, a nawet ich obowi±zywa³a tajemnica.
Z ciekawo¶ci otworzy³ drug± teczkê i rzeczywi¶cie — tutaj znajdowa³o siê wiêcej informacji, w tym drzewo genealogiczne potwierdzaj±ce jego status krwi oraz adnotacja o zmianie imienia i nazwiska. Harry zdecydowa³ siê pozostaæ przy propozycji Snape'a, choæ poprosi³, ¿eby na drugie imiê mieæ Harold, co po zdrobnieniu bêdzie oznacza³o tyle, co Harry. Poniewa¿ nazywa³ siê tak dziadek Nobiliusa Snape'a, tradycja zosta³a zachowana, nawet je¶li by³ czarodziejem pó³krwi.
Kiedy wszystkie formalno¶ci zosta³y spe³nione, a teczki wyl±dowa³y w odpowiednich szufladach, po¿egnali siê z Dumbledore'em i ruszyli korytarzem, by powróciæ do atrium i tam sieci± Fiuu przedostaæ siê do Prince Manor.
Za zakrêtem jednak czeka³a na Harry'ego bardzo nieprzyjemna niespodzianka.
Zimne stalowe oczy spoczê³y na nim, a wynios³e rysy twarzy i platyna w³osów wy³oni³y siê z pó³mroku pochodni niczym przywo³ane prosto z koszmarów.
Przed nim sta³ Lucjusz Malfoy.
_______________________________
[1] 1 cal = 2,5 cm.
[2] Ta nietypowa nazwa nie jest wynikiem mojej wyobra¼ni. Te zwierzêta naprawdê istniej±. S± to jaszczurki z rodziny jaszczurek kolczastych. Siêgaj± czterdziestu centymetrów d³ugo¶ci i ¿yj± w po³udniowej Afryce. Wygl±daj± dok³adnie: tak.
[3] Na wystawie rzeczywi¶cie znajdowa³a siê ró¿d¿ka, co zosta³o wspomniane w pierwszym tomie. Ja jedynie dopisa³am do niej historiê.
[4] Plecionki, o których mowa w opowiadaniu, wygl±daj±: tak.
[5] Na potrzeby tego rozdzia³u czê¶æ informacji, w tym wypowiedzi aparatu, zaczerpnê³am z tomu „Harry Potter i Zakon Feniksa”.
NASTÊPNY ROZDZIA£: MALFOYOWIE
Powiem Ci szczerze, ¿e mnie sam pomys³ na Magiê Przynale¿no¶ci przera¿a i zniechêca. Harry jako syn Snape'a - moje serce i umys³ mówi± stanowczo nie.
Jednak ten rozdzia³, gdy ju¿ Harry jako tako radzi sobie z now± to¿samo¶ci±, naprawdê mnie zainteresowa³. Czyta³am to wszystko jednym tchem i autentycznie mia³am wra¿enie, jakbym czyta³a ksi±¿kê, jak±¶ kolejn± czê¶æ HP. Masz naprawdê cudowny styl, wszystko piszesz tak lekko i nie zostawiasz sobie miejsca na b³êdy czy niedopracowania. Podziwiam i ¿yczê wydania w przysz³o¶ci ksi±¿ki, bo masz talent. ;D